czwartek, 18 września 2014

Koraliki ciepła

Dzisiaj mam Warszawę w stopach, bo ze Starego Miasta przyszłam na piechotę na moje Bemowo :)
Nie oszalałam :) tylko korzystam jak się da z chyba ostatnich tak pięknych dni.
Wszystko wokół aż drży z radości, bo słońce i ciepło i jakoś tak bardziej letnio niż jesiennie. Ciepło cieszy. Moje geny z Południa mruczą zadowolone. Udziela się całości, czyli mnie od czubka głowy po palce u stóp :)


Wymyśliłam kiedyś, że życie każdego z nas to pęk sznurków. Każdy z nich jest od czego innego. Na przykład jeden to kariera zawodowa, drugi - relacja z jakimś człowiekiem, trzeci - z innym, kolejny to hobby... I tak dalej.
Jednego sznurka nie da się zastąpić innym. Na każdy z nich nakładam "koraliki" - spotkanie, sukces, porażka, jakieś zdarzenie...
Ten mój pomysł pomaga mi w porządkowaniu, a raczej w niezaplątywaniu jednych spraw z drugimi. Ot, choćby mój blog - jest miejscem, w którym dzielę się z tymi, którzy tu zajrzą kawałkiem mnie i mojego życia, ale przecież nie może być i nie jest miejscem, gdzie rozmawiam od serca z przyjaciółką. To miejsce publiczne, dostępne każdemu. "Sznurek" relacji z przyjaciółką jest inny. I tak ze wszystkim.
A ja ostatnio zapełniam z upodobaniem mój "sznurek" przeznaczony na kontakt z pięknem. Tym razem tym, które mogę usłyszeć. Od poniedziałku biegam na koncerty. Słuchałam już orkiestry symfonicznej wykonującej utwory Pendereckiego, Maksymiuka, Dworzaka i Kilara. I byłam na dwóch koncertach organowych - jednym u św. Anny, a drugim u św. Jana. Czeka mnie jeszcze Szopen, ale to dopiero w niedzielne popołudnie w Łazienkach, bo o 16 gra Monika Rosca.


Piękno mnie ociepla. Jest więc moją nieustanną potrzebą. No to szukam go także nieustannie.
A teraz sama już nie wiem czy ciepło wokół jest powodem ciepła we mnie, czy też to, co jest w środku mojego serca sprawia, że patrzę życzliwie na świat dookoła.
Bez znaczenia. Ważne, że jest ciepło :)
Przesyłam Ci je z uśmiechami ode mnie :))) Może stanie się dla Ciebie koralikiem na sznureczku tego, co między nami?
basia

poniedziałek, 15 września 2014

Jesienne zauroczenia

Piękne miejsca kuszą mnie nieodparcie. Pewnie dlatego w niedzielne południe znalazłam się w Ogrodzie Saskim. Było warto!
Fontanna obdarowała mnie tęczą.


A widoczna już pod drzewami jesień - swoim szeleszczącym i pachnącym urokiem.


W ogóle cały Ogród odznacza się wielką urodą.


Lubisz takie miejsca? Ja bardzo. Gdybym swoje książki pisała na papierze, przychodziłabym codziennie do parku, siadała w cieniu pod drzewami i zanurzała się w świat fantazji tworząc kolejne strony. Niestety, piszę tylko i wyłącznie na laptopie. Ale za to z upodobaniem wchłaniam atmosferę urokliwych zakątków.
Widziałam w Ogrodzie piękną scenę. Mężczyzna leżał na ławce z głową opartą na kolanach kobiety, która na głos czytała książkę.
To, plus moje odwiedziny w niedalekim kościele wizytek, gdzie jest marmurowy klęcznik upamiętniający "księdza, który pisał wiersze", czyli Jana Twardowskiego i mi się skojarzyło.
Poszperałam i znalazłam jego wiersz o miłości.
Lubię klimat tego wiersza - ciepły i lekki, ale niepozbawiony mądrości człowieka, który widział i słyszał niejedno.

Miłość

Jest miłość trudna
jak sól czy po prostu kamień do zjedzenia
jest przewidująca
taka co grób zamawia wciąż na dwie osoby
niedokładna jak uczeń co czyta po łebkach
jest cienka jak opłatek bo wewnątrz wzruszenie
Jest miłość wariatka egoistka gapa
jak jesień lekko chora z księżycem kłamczuchem
jest miłość co była ciałem a stała się duchem
i ta co nie odejdzie - bo znów niemożliwa

(z: www.twardowski.poezja.eu)

Ja bym jeszcze, drogi księże Janie, dodała, że jest miłość, która nigdy nie umiera bez względu na wszystko - lęki, nieporozumienia, upływający czas, odległości, tęsknotę nieustającą a nawet niespełnienie. I taka jedynie jest prawdziwa. Bo miłość to życie.
basia

piątek, 12 września 2014

Odnalezione


W czasie mojego niedawnego pobytu nad morzem zgubiłam się na plaży. Wiem, brzmi nieprawdopodobnie, ale mnie się zdarzyło. Pomyliły mi się wyjścia, schody były tak podobne, a ja tam byłam po raz pierwszy w życiu. Po chwili oszołomienia już wiedziałam, gdzie jestem, ale ta chwila...
Zgubić coś albo kogoś nie jest trudno, wystarczy się zagapić.
Jednak wędrując brzegiem morza zauważyłam, że nieustannie coś znajduję - nadzwyczajnej urody kamyk, zaskakujący widok kępy delikatnej trawy rosnącej na środku plaży, niezwykły zarys linii wydm czy chmur na niebie i mnóstwo innych rzeczy.
Moje spacery brzegiem morza, jak wędrówka drogą życia, pełne więc były znajdowania.
Znaleźć też nie jest trudno. Wystarczy otworzyć oczy serca.


Wolę znaleźć niż zgubić. Pewnie jak wszyscy.
Jednak czasem gubię. Wyleci z kieszeni, z pamięci, z głowy, z jakiegoś zdawałoby się bezpiecznego schowka.
Ale kiedy zaglądam w swoje serce, od razu widzę tych, z którymi się odnalazłam. Jak w mojej "Bajce o dwóch sercach". I myślę, że z tego schowka - z serca - nie tak łatwo kogokolwiek zgubić.
To nie kieszeń. To miejsce wyjątkowe - obwarowane miłością.
Z czułością myślę o tych, których tam ukryłam, z którymi mi po drodze, których wrażliwość jest podobna do mojej, których bicie serca jest na jeden temat z moim.
Noszę w sobie ten nasz wspólny rytm silniejsza o siłę czyjegoś serca. I bogatsza o jego piękno.
Znaleźć nie jest trudno. Odnaleźć się w tłumie w tym samym miejscu i czasie jest prawie niemożliwe. Ale się zdarza. I tego na pewno nie da się zgubić.
Dla wszystkich serc, które się odnalazły - chwila urokliwej muzyki.
To barkarola (rodzaj pieśni gondolierów weneckich) z opery Jakuba Offenbacha "Opowieści Hoffmana".


basia