Czy wiesz, że nigdy nie jesteś sam? I mówię tu tylko i wyłącznie o obecności jakiegoś człowieka obok. Jego serca przy Twoim. Zapominamy o tym a może raczej ślepniemy na tę prawdę. Nie wiem czemu, ale przestajemy widzieć to, co i tak jest. Oglądałam kiedyś film "Miasto ślepców". Mocny, poruszający i, nomen omen, dający po oczach. Ludzie po kolei, zdawałoby się bez powodu, tracili wzrok. No i się działo! Bo po omacku można, jak się okazuje, nieźle narozrabiać. Łatwo skrzywdzić siebie czy kogoś. Bo nie widzi się skutków? Nie widać bólu w czyichś oczach? Nie wiem. Może i tak. Takie ranienie na odległość jest zapewne nietrudne. W każdym razie, nie widząc, popełnia się ogromnie dużo błędów. Można chociażby nie zauważyć, że ktoś stoi obok, blisko. Że po prostu jest. Nie zawsze jest to fizyczna obecność i pewnie dlatego łatwo ją przeoczyć. I łatwo o złudzenie samotności. A potem leci lawina goryczy i pretensji. W tym filmie ktoś jeden nie oślepł. Widział wszystko i w końcu, co nie jest trudne do przewidzenia, właśnie ten ktoś był dla innych ostoją i oparciem. Widzący tak mają. Mogą powiedzieć innym jak jest. Mogą poprowadzić, wskazać kierunek. To chyba niegłupie szukać takich ludzi. Ja w każdym razie rozglądam się za nimi, żeby jakby co, kiedy mnie oślepi, było na kim się oprzeć. Bo ludzie potrafią jedno i drugie - dotknąć boleśnie i ocalić. O tym też zapominamy. O tej dwoistości naszej natury. A z tym uczuciem samotności to jest tak, że chociaż wydaje się inaczej, to nie mamy wówczas problemu z innymi, z ich brakiem. Mamy problem ze sobą - to my przestajemy widzieć. Samotność jest skutkiem zanurzania się w siebie i niedostrzegania innych. Jest "samoskazaniem". Wyrokiem na sobie wydanym przez siebie samego. To nie inni nas opuszczają. To my odchodzimy. Pewnie czasem ze zrozumiałych i sensownych powodów, ale tak to naprawdę wygląda. Jeśli odpychasz od siebie ludzi, to oni nie będą się na siłę i bez końca do Ciebie wpraszać. Nikt z nas nie chce znaleźć się tam, gdzie go nie chcą, prawda? I chociaż nigdy nie zastąpi się jednego człowieka drugim, to jest nas przecież tak wielu, że o samotności możemy zapomnieć. W końcu zawsze będziesz ważny dla kogoś. Prędzej czy później, ale tak się stanie na pewno. Może nawet tak jest nieustannie, ale skoro okresowo wszyscy najwyraźniej ślepniemy, to po prostu czasami tego nie widzimy i tyle. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Czasem warto zmienić miejsce tego swojego siedzenia a może wówczas... oczy się otworzą?
Basia Smal
Z czasem, który został nam dany możemy zrobić co chcemy. Także zatrzymać się na chwilę i spróbować dotknąć tego, co istotne.
czwartek, 21 marca 2013
piątek, 15 marca 2013
Baśń o Czaro Dziejce (cz.2)
Siedziba Ludzka, dotąd gwarna i wesoła, posmutniała od tęsknoty, która rozpanoszyła się w niejednym domostwie. Westchnieniom końca nie było, więc mgła nimi wzniecona pałętała się każdego ranka po uliczkach i zaułkach. I tym razem to mężczyźni zgrzytali po cichu zębami, mieląc w nich niecenzuralne słowa na wspomnienie pięknego Przybysza. Domagali się też gremialnie coraz to nowych potraw na obiad, co zapędzało niewiasty do roboty bardziej skutecznie niż wyrażana jawnie frustracja. Jednak ile można jeść? Poszli więc po radę do najstarszego starca, jakiego udało im się znaleźć. Ten kazał im nazbierać kwiatów leśnych i łąkowych i wić z nich obfite bukiety, które następnie należało cyklicznie ofiarowywać swoim damom. Spojrzeli na niego jak na wariata, którym przecież po trosze i był i odeszli zniesmaczeni, łypiąc złym okiem na rosnące wokół zielsko. Jeden czy drugi nawet wypatrzył coś, co uznał za kwiat, ale ponieważ był w gronie kumpli, więc się po to coś nie schylił. A potem przetłumaczył sobie, że nie będzie się wygłupiał w efekcie czego mgła codziennie się pojawiała, snując się co prawda przy samej ziemi, ale jednak. Siedlisko czekało. Połowa na zniknięcie mgły a druga - na pięknego Przybysza. Jedno nie znikało a drugie się nie pojawiało. Trwała sytuacja patowa i nikt nie miał bladego pojęcia jak z niej wybrnąć. Rozwiązanie pojawiło się samo jak to zwykle z rozwiązaniami bywa. Pewnego ranka powiał silny wiatr, który przegnał mgłę. To poprawiło humor mężczyznom i dzięki temu milej spojrzeli na kobiety. Tu i tam pojawiło się nawet jakieś ciepłe słowo, które w połączeniu z długim czasem jaki upłynął od wyjazdu Przybysza zrobiło swoje. Kobietom wrócił rozum a do siedziby ludzkiej - spokój. Wiatr na wszelki wypadek wiał jeszcze trzy kolejne dni a potem eksperymentalnie ucichł - mgła nie powróciła. Wszyscy odetchnęli z ulgą, ale delikatnie, żeby znów tumanu nie wywołać. I dni zaczęły biec swoim torem aż do pewnego pięknego słonecznego poranka, kiedy to w Siedzibie Ludzkiej echem poniosło znajome klapanie kopyt. Wszyscy dech wstrzymali i wpatrzyli się w stronę skąd ów dźwięk się pojawił. Za chwil parę ujrzano znanego już Przybysza i jego nie mniej znanego wierzchowca. Wracali z lasu. Na oko cali i zdrowi. Mieszkańcy Siedziby Ludzkiej łypali podejrzliwie, ale niczego nie udało im się dojrzeć. Przybysz znów przybył a potem powtórzył znany sobie i innym scenariusz: gospoda, uśmiech, jedzenie, brzęczące monety, pogaduchy przy kominku. Tylko uszy mu już nie płonęły. Zamiast tego na ustach wykwitł, i tam pozostał, tajemniczy uśmiech, znawcom i światowcom przywodzący na myśl pewien portret namalowany przez pewnego włoskiego mistrza pędzla. Ciekawość tym razem piekła uszy mieszkańcom. Jednak na, niby z głupia frant, zadawane podchwytliwe pytania Przybysz nie odpowiadał, nie rozstając się już ani na chwilę z tym denerwującym uśmieszkiem. Panny z miejsca się więc obraziły. Mężatki uznały, że wcale z niego nie taki piękniś jak to niektórzy kiedyś mówili. A całą resztę cholera brała od tej tajemnicy. W dodatku Przybysza nie miał kto pogonić do wyniesienia śmieci czy rąbania drew. Kwas narastał niepostrzeżenie. I znów wiatr przyszedł z pomocą. Pewnego wieczora przywiał od strony lasu swąd spalenizny...
Basia Smal
poniedziałek, 11 marca 2013
Moje wędrówki po Europie. Lizbona, czyli kontrasty
Z Warszawy do Lizbony leci się całe cztery godziny. W połowie miałam dosyć (ile można czytać i słuchać muzyki?!) a cały czas nadzieję, że miejsce docelowe mi to wynagrodzi. Och, jak się okazało - z nawiązką.
Oto widok z hotelowego okna:A lekko w prawo:
Kontrasty. Całe miasto jest ich pełne, o czym się za chwilę przekonacie. Najpierw jednak ogólne wrażenia.
I strome, czasem niemal nieprawdopodobnie strome, ulice:
Poza tym wyłożone kolorowymi kafelkami fronty kamienic albo chociażby utworzone z porcelany dwubarwne "obrazy" umieszczone obok okna czy drzwi:
To także ciasne uliczki i zaułki starego miasta z powiewającym na wietrze praniem i tramwajem przejeżdżającym tuż przed oknem:
I niezwykła katedra - muzeum, która w czasie jednego z trzęsień ziemi straciła dach i... tak zostało. Jest jak... garnek bez pokrywki:
No i wszechobecna drobna i bardzo śliska kostka, którą wyłożone są chodniki i place, tworząc czasem śliczne wzory (niestety bywa, że faluje na nierównym podłożu, więc buty na wyższym obcasie są sporym zagrożeniem dla życia):
Lizbona to też wyśpiewywane dramatycznym głosem fado - przepiękna muzyka, która całkiem mnie zauroczyła i... toaleta dla panów na świeżym powietrzu umieszczona beztrosko w zaułku murów zamku Maurów (która także w dość specjalny sposób jest w stanie... hm... zauroczyć) :
A zamek wygląda jak z bajki - grube mury z kamienia, kilka wewnętrznych dziedzińców, jakieś mostki tu i tam i tak dalej. Zresztą sami zobaczcie:
To miasto to także niezwykła, zaskakująca swoim kunsztem, architektura starych kamienic:
I najbardziej stroma ulica jaką kiedykolwiek widziałam, po której jeździ jedyny w swoim rodzaju tramwaj-winda:
To też piękne nowoczesne budynki oszałamiające swoją oryginalnością i rozmachem:
I widziani tu i tam pucybuci:
To skrząca się w słońcu zatoka ze ślicznym eleganckim mostem, łączącym obie części miasta:
I bieda sąsiadująca z bogactwem, co nie robi wrażenia tak na jednym jak i na drugim:
I ludzie - uśmiechnięci i życzliwi, otwarci i uprzejmi. To też pyszne ciastka z budyniowym nadzieniem, którym nie sposób się oprzeć oraz wszędzie panosząca się porcelana i korek. I ulice w kółko z góry na dół i z dołu pod górę a rzadko po równym. Dlatego, żeby naprawdę zobaczyć Lizbonę, konieczne są wygodne buty, bo najlepiej chodzić piechotą gdzie się da. Wtedy można w pełni doświadczyć niezwykłego uroku tego miasta, do którego bardzo bym chciała jeszcze kiedyś wrócić, by znów pobyć w miejscu niezwykłym, urokliwym i zaskakującym jak fado zaśpiewane przez obsługujących gości kelnerkę w jednej z restauracji na starym mieście czy taki oto widok:
Basia Smal
Subskrybuj:
Posty (Atom)