Byłam dzisiaj świadkiem wypadku. A właściwie bardzo dramatycznego zdarzenia. Z wózka inwalidzkiego wypadł na chodnik człowiek pozbawiony nóg. Stało się to na przejściu dla pieszych przy ruchliwym skrzyżowaniu. Wózek popychany przez kogoś gibnął się na jakiejś koleinie czy rowku przy wjeździe na chodnik i... stało się. Nie daliśmy rady go na ten wózek z powrotem posadzić we dwoje z mężczyzną, który pchał wózek. Obok stały zatrzymane na światłach samochody. Tylu do cholery facetów w tych samochodach! Tylu facetów, którzy zapewne uważają siebie za mężczyzn! I co? I nic!!! Absolutnie nic! Dopiero jak poprosiłam, to jeden z widoczną niechęcią wyszedł i starał się pomóc. Potem dołączył jeszcze jakiś rowerzysta. I dopiero jak nadjechał młody mężczyzna na ścigaczu, z którego go po prostu zwiało, bo tak szybko leciał pomóc, to daliśmy radę. I ten cudny facet został do końca póki się nie upewniliśmy, że wszystko jest OK. A jak się upewniliśmy, to sobie wsiadł na ten swój ścigacz i pomknął. Zrobił swoje - zachował się jak człowiek. Miał piękne oczy, bo tylko je mogłam zobaczyć na twarzy osłoniętej kaskiem. Ja też poszłam swoją drogą, ale dojść nie mogłam. Do siebie. Z kilku powodów. Zdarzenie było dramatyczne. Bezradność człowieka zdanego na łaskę innych zaciska pętle na sercu. A tu jeszcze wokół... pustka, chociaż cholera ludzi tłum. A jak moja cudna kochana siostra zemdlała tuż przy wejściu do terminala na lotnisku w Nicei, to leciało do niej coś koło piętnastu ludzi. Z każdej strony gnali ratować. Francuzi to inny gatunek niż Polacy? Oni z Ziemi a my z... Skąd my? No skąd? Powie mi ktoś? Otuli moje skołatane serce? Piszę ze łzami w oczach i mam gdzieś czy ktoś mnie weźmie za histeryczkę czy nie. Przecież każdemu z nas w każdej chwili może się coś stać. Każdemu. W każdej chwili. Gdzie my mamy serca?
Nie mam sił. Niech ktoś powie mi coś miłego, dobrze?Basia