Miłość jest potęgą. Siłą, która zmiata. Czymś, co zrozumie dla innych niezrozumiałe, zmienia coś, czego wydawałoby się nic nie jest w stanie zmienić i dokonuje rzeczy niemożliwych. O tym stara się nas przekonać jedna z najbardziej niezwykłych oper jakie kiedykolwiek ktokolwiek stworzył. "Turandot" Pucciniego, bo o niej mówię, powala na kolana, łapie za gardło i zapiera dech w piersi. Poraża autentycznością i prawdą, bo autor mówi w niej o sobie. Niezwykłe dzieło. Tym bardziej, że niedokończone przez Pucciniego, który zmarł w trakcie tworzenia go. Jednak zdążył przekazać potomnym krzyk wiary w potęgę miłości. W jej wszechmoc. Dla niej się umiera i dla niej się żyje. A może raczej dzięki niej, bo to ona daje siłę, by rzucić wyzwanie śmierci z wiarą we własną wygraną tak potężną, że owocuje to spełnieniem pragnień. Niebywałe. Ile ten człowiek miał w sobie determinacji, ile odwagi i jaką siłę tęsknoty. Robi wrażenie. Przy czym sama forma, sposób przekazania tych treści, nie jest łatwa. "Turandot" to jedna z trudniejszych w odbiorze i zrozumieniu oper. A jednocześnie jedna z najpiękniejszych. Z niezwykłą arią "Nessun dorma" ("Niechaj nikt nie śpi") na czele, wobec której nie sposób pozostać obojętnym. A poza tym naprawdę duża dawka fantazji, przeplatanie się scen jawy i snu a może jednak nie snu, ale kto to może wiedzieć na pewno, coś z pogranicza majaczeń albo marzeń czy ujawnionych, wydartych z głębi serca pragnień. Czy na pewno jest to historia, która miała miejsce czy tylko mogła mieć? Czy to tylko tęsknota znalazła ujście w pięknym krzyku czy komuś udało się jednak opisać coś, co innym wymyka się z rąk? Czy można wierzyć w to, co widać i słychać czy to bez sensu, bo to senne majaki? Od pytań bez odpowiedzi aż gęsto. Emocje bulgoczą jak w kotle z wrzącą wodą. Kakofonia dźwięków niemal ogłusza a na pewno porywa. Chór na zmianę krzyczy i szepcze. Baśń przeplata się z życiem i zajmuje w nim pierwsze miejsce. Życzenia tysiąca lat życia dla władcy i tym samym tchem wyrażane żądanie śmierci dla zuchwalca, który ośmiela się kochać. Od skrajności w skrajność. Od zachwytu do przerażenia. Od wiary do najgłębszego smutku. Od współczucia do nienawiści. Trzy godziny zleciały mi nie wiem jak i kiedy. Wyszłam oczarowana. "Turandot" w reżyserii Mariusza Trelińskiego w Operze Narodowej w Warszawie jest dziełem absolutnie, totalnie porywającym swoją formą. Mnie ścięło z nóg i wcale się tego nie wstydzę. Przy czym największe wrażenie zrobiła na mnie nie treść, bo tę znałam i w dodatku uważam, że nie ma ona kluczowego znaczenia nigdy i nigdzie. Natomiast sposób w jaki została przekazana jest w tym wypadku przepiękny.
Basia Smal
Z czasem, który został nam dany możemy zrobić co chcemy. Także zatrzymać się na chwilę i spróbować dotknąć tego, co istotne.
środa, 29 maja 2013
poniedziałek, 27 maja 2013
Dwieście - czy to dużo?
Basia
sobota, 25 maja 2013
Moje wędrówki po Polsce
Zapowiadam nowy cykl. Są (i nadal będą) wspomnienia z moich wędrówek po Europie, do których dołączą wkrótce te po Polsce. Bo chociaż to też Europa, ale bardzo moja. Tak bardzo, że ją sobie pozwoliłam wydzielić od całej reszty. Mieszkam od kilkunastu lat w samym środku Polski, więc wszędzie mam... blisko. Albo w miarę blisko. I od lat z upodobaniem się szwendam tu i tam. Bywam w tym plątaniu się po moim kraju mało oryginalna, ale czasem zapędziłam się też w jakieś mało znane zakątki. Spróbuję poopowiadać tak o jednych jak i o drugich. Są takie miejsca, które do dziś przyspieszają bicie mego serca, jak chociażby odwiedzany przeze mnie przez 12 lat z rzędu w letnie weekendy Kraków, gdzie w niektórych restauracjach kelnerzy już mnie rozpoznawali (pozdrawiam CK na Brackiej!) i gdzie razu pewnego na Kazimierzu piłam pewien napój wyskokowy ze... świecznika (!!!). W Sandomierzu natomiast wlazłam do klatki dla złoczyńców, którą w dawnych czasach wieszano z delikwentem w środku na rynku ku przestrodze, a do której jak się okazało... pasowałam jak ulał (do dziś nie mam pojęcia czemu?!). Tam też w podziemiach z sukcesem odegrałam warszawską syrenkę, dzierżąc w dłoni miecz i tarczę (dla ciekawych - nie, nie byłam półnago ani po kielichu, paskudy!). W Toruniu zachwyciło mnie maleńkie Muzeum Podróżnika, gdzie zgromadzono pamiątki zebrane z całego świata przez Tony Halika. Tam także w ruinach krzyżackiego zamku trafiłam z łuku do tarczy (o dziwo blisko środka), wprawiając w osłupienie pana, który mnie szkolił w temacie ponieważ celuję lewym okiem a prawą ręką (błagam, nie pytajcie jak to robię, bo nie wiem, ale tak mam). A w Sopocie, który pokażę Wam nie od strony słynnego oklepanego i nudnego Grandu (wybacz Wielki, ale tak naprawdę o tobie myślę) zobaczyłam... Penelopy (te czekające, wiecie) i to w hurtowej ilości, bo aż cztery. Z Kazimierza przywiozłam Alinkę - mojego domowego anioła bez aureoli za to z rumieńcami na policzkach i zaliczyłam asystowanie przy kuciu w kuźni (bo nikt inny się nie rwał a ja do takich wydarzeń "nigdy chętniej"), dzięki czemu dostałam w nagrodę... gwóźdź, wykuty przez seksownego pana kowala (Co za oczy! Co za głos! I te szerokie bary! Ech...). Z Bałtowa natomiast żabę, która mi się do dziś plącze w portfelu, a którą biedaczyną już wiele razy chciałam zapłacić (nikt nie przyjął jak dotąd... hm... dziwne). Pod słynnym Bartkiem o mało co nie zeżarły mnie komary, więc... temu panu (chociaż wiekowy nad podziw) już dziękuję i nigdy więcej. W Elblągu... No dobrze, na dzisiaj starczy. W każdym razie coś wymyślę, żeby nudno nie było. A że należę do tych, którzy jak magnes opiłki żelaza, przyciągają zdarzenia dziwne i ludzi ciekawych, więc... zapraszam :)
Basia
Subskrybuj:
Posty (Atom)