środa, 29 maja 2013

Ogień w sercu

Miłość jest potęgą. Siłą, która zmiata. Czymś, co zrozumie dla innych niezrozumiałe, zmienia coś, czego wydawałoby się nic nie jest w stanie zmienić i dokonuje rzeczy niemożliwych. O tym stara się nas przekonać jedna z najbardziej niezwykłych oper jakie kiedykolwiek ktokolwiek stworzył. "Turandot" Pucciniego, bo o niej mówię, powala na kolana, łapie za gardło i zapiera dech w piersi. Poraża autentycznością i prawdą, bo autor mówi w niej o sobie. Niezwykłe dzieło. Tym bardziej, że niedokończone przez Pucciniego, który zmarł w trakcie tworzenia go. Jednak zdążył przekazać potomnym krzyk wiary w potęgę miłości. W jej wszechmoc. Dla niej się umiera i dla niej się żyje. A może raczej dzięki niej, bo to ona daje siłę, by rzucić wyzwanie śmierci z wiarą we własną wygraną tak potężną, że owocuje to spełnieniem pragnień. Niebywałe. Ile ten człowiek miał w sobie determinacji, ile odwagi i jaką siłę tęsknoty. Robi wrażenie. Przy czym sama forma, sposób przekazania tych treści, nie jest łatwa. "Turandot" to jedna z trudniejszych w odbiorze i zrozumieniu oper. A jednocześnie jedna z najpiękniejszych. Z niezwykłą arią "Nessun dorma" ("Niechaj nikt nie śpi") na czele, wobec której nie sposób pozostać obojętnym. A poza tym naprawdę duża dawka fantazji, przeplatanie się scen jawy i snu a może jednak nie snu, ale kto to może wiedzieć na pewno, coś z pogranicza majaczeń albo marzeń czy ujawnionych, wydartych z głębi serca pragnień. Czy na pewno jest to historia, która miała miejsce czy tylko mogła mieć? Czy to tylko tęsknota znalazła ujście w pięknym krzyku czy komuś udało się jednak opisać coś, co innym wymyka się z rąk? Czy można wierzyć w to, co widać i słychać czy to bez sensu, bo to senne majaki? Od pytań bez odpowiedzi aż gęsto. Emocje bulgoczą jak w kotle z wrzącą wodą. Kakofonia dźwięków niemal ogłusza a na pewno porywa. Chór na zmianę krzyczy i szepcze. Baśń przeplata się z życiem i zajmuje w nim pierwsze miejsce. Życzenia tysiąca lat życia dla władcy i tym samym tchem wyrażane żądanie śmierci dla zuchwalca, który ośmiela się kochać. Od skrajności w skrajność. Od zachwytu do przerażenia. Od wiary do najgłębszego smutku. Od współczucia do nienawiści. Trzy godziny zleciały mi nie wiem jak i kiedy. Wyszłam oczarowana. "Turandot" w reżyserii Mariusza Trelińskiego w Operze Narodowej w Warszawie jest dziełem absolutnie, totalnie porywającym swoją formą. Mnie ścięło z nóg i wcale się tego nie wstydzę. Przy czym największe wrażenie zrobiła na mnie nie treść, bo tę znałam i w dodatku uważam, że nie ma ona kluczowego znaczenia nigdy i nigdzie. Natomiast sposób w jaki została przekazana jest w tym wypadku przepiękny.
Basia Smal

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz