niedziela, 28 lipca 2013

Góry, moje góry!

To widok z okna mojego pokoju, a więc zdjęcie mówi samo za siebie - jestem w Zakopanem :) W głębi po lewej majaczy trochę niewyraźnie, bo ledwo widoczny, ale jednak majaczy :) Kasprowy. Jak go widzę rano, to znaczy, że tego dnia można iść daleko i wysoko. Bo w dni mgliste czy deszczowe świat mi się kończy niemal tuż przed oknem. Co nie oznacza zresztą, że nigdzie wówczas nie idę, ale planuję wtedy łatwiejsze wyjścia. To jednak przyszłość. Na razie trwam w lekkim oszołomieniu po kilkugodzinnej jeździe, ale nie narzekam - jechało się bardzo dobrze. W dodatku na góry reaguję jak słynny pies Pawłowa na dzwonek :) - odruchem. Coś mi się w mózgu uruchamia, jakaś chemia pewnie i dopada mnie nieograniczone poczucie szczęścia. Nawet już wtedy, gdy od moich ukochanych Tatr oddzielają mnie jeszcze Beskidy (też zresztą przecudne, ale jak dla mnie za mało skaliste). Bo wyobraźcie sobie błękitnoszare masywy na horyzoncie. Pofalowane, poszarpane krawędzie i ten majestat. Trwają nieruchome jak w oczekiwaniu. Pełne siły i spokoju. Przyciągają mnie tak nieodparcie... Wiem, wiem. Zdradzam wszelkie objawy zakochania, ale... nie zaprzeczam. Mówiłam - chemia! 
Dzisiaj tutaj jak w całej Polsce - upalnie. Chociaż zapowiadane są burze. Nawet gdzieś poza granią już zagrzmiało, ale tylko raz, więc uznałam, że to na moje powitanie :) Takie przyjazne mruczenie "no, wreszcie jesteś" :) Jutro idę na pierwszą, a więc jak co roku spacerową trasę - Dolina Strążyska, obejście górą Doliny Białego i zejście na Kalatówki. Potem pierogi z jagodami w zaprzyjaźnionym, znanym od lat  miejscu i powrót do domu. Spacer, ale jak na pierwszy raz po przyjeździe z równin wystarczy. Trzeba trochę czasu, aby się zaaklimatyzować. Zobaczę co się zmieniło od zeszłego roku, bo ten śliczny, spokojny szlak coraz bardziej się osuwa. Takie plany na jutro. A dzisiaj... Wrzucam posta i... trwam w szczęśliwym rozmarzeniu :)
Basia

piątek, 26 lipca 2013

Złoty środek, czyli wewnętrzne piękno

Na kasztanowcach widać już spore kolczaste kulki, pod lipami lepko a ich liście błyszczą jak polakierowane, z niektórych drzew spadają zeschłe liście, czyli... mamy środek lata. Za nami jego kawałek i taki sam przed nami. Być pośrodku czegoś to zajmować dość wygodne miejsce. Bo widać w obie strony. Ile do tej pory i co a ile jeszcze przed. A dzisiaj ten środek lata mi się skojarzył. Co jest we mnie? Co w Tobie? Co w środku każdego z nas? W naszych sercach? Co tak naprawdę? Jeśli nie otworzymy się, to nikt tego nie będzie wiedział. Jednak myślę, że zamknięcie się w sobie przed innymi jest czymś dla każdego z nas bardzo naturalnym. Nie można się temu dziwić. Ani wdzierać na siłę w czyjeś serce. Chociaż mnie czasem bardzo kusi, by tam zerknąć, bo pociąga mnie ludzkie piękno, które najpełniej daje o sobie znać właśnie w dobroci serca. Spotkałam i nadal spotykam wielu nieprawdopodobnie pięknych ludzi. Tym nieprzemijającym - wewnętrznym pięknem, które zresztą zawsze "wypełza" także na zewnątrz i osadza się w spojrzeniu, w uśmiechu, w ich twarzach. Także w cieple, którym promieniują, w ich odwadze i sile. Ludzkie piękno - bogactwo nieprzemijające. Złoty środek człowieka, złote serce. Coś, co na zawsze w nas pozostanie. Coś, czym sensownie jest więc wypełnić siebie. Bo chociaż przez całe swoje życie nieustannie to robimy - stale zapełniamy różne miejsca - nasze domy, kieszenie, pudła, półki, zakamarki, kartki i ekrany komputerów to i tak to wszystko na nic, jeśli nie dbamy o to, by mieć wypełnione po brzegi serce - ludźmi i skierowaną do nich miłością. Jakiegokolwiek rodzaju, ale miłością. Jeśli w nas nie ma ciepła, czułości, życzliwości, szacunku, jeśli nie kochamy, to po nas zostają tylko zapełnione domy, kieszenie, pudła, półki, zakamarki, kartki i ekrany komputerów. Szpargały życia. Jego widoczne znaki. A jak zostaną przez kogoś kiedyś uprzątnięte to... nic nie pozostanie. Gdzieś dalej nie poniesiemy tego całego bagażu. Jedynie to, co w sobie. I tak naprawdę tylko to możemy też w pełni ofiarować komuś innemu, bo... nigdy nie zniknie, nie zniszczy się, nie zgubi. Zostanie na zawsze takie, jakie daliśmy.
Basia

niedziela, 21 lipca 2013

Na końcu dnia - miłość

"Na końcu dnia
twoje oczy wpatrzone w moje.
Na końcu dnia
słów mi trzeba, by wierzyć.
Na końcu dnia
pocałunek. Jak pieczęć.
Na końcu dnia
nie zapomnij... kochać..."
Słuchałam głębokiego niskiego głosu pięknej dziewczyny, która szarpała struny gitary, siedząc w bramie prowadzącej na stare miasto. Śpiewała oczywiście o miłości. A ja sobie pomyślałam, że nie sposób przeżyć ani jednego dnia w życiu, by o niej choćby jeden raz nie usłyszeć. A ludzie dzielą się na tych, którzy mają odwagę o niej mówić lub śpiewać, nią żyć, ją dawać i brać oraz na tych, którzy nawet nie chcą o niej słyszeć. Jakby uciekali od czegoś. Od siebie samych? Od tęsknoty za miłością? Od prawdy o sobie? Nie wiem, ale spotykam takich bez ustanku. Czuję, że są głęboko zranieni. Niespokojnie się kręcą, słysząc o miłości. Nigdy się temu nie dziwię. Ludzkie serce jest zawsze tajemnicą. Nie chcę wchodzić w nie z butami. Nie chcę nawet w miękkich skarpetkach. Nie chcę w ogóle. Zresztą nie zostałabym wpuszczona. Z sercem jest tak, że jedynie można zagościć w nim na zaproszenie. I to wyraźne. I to ciągle ponawiane. A miłość, o której się dowiesz, jest zaproszeniem. Otwarciem. Cudem, który nas przemienia. Jak już kochamy, to czas nam się dzieli na "przed" i "po". Ten do miłości i ten z nią. Wcześniej to sobie żyjemy i to żyjemy całkiem znośnie, nieźle, nie łkając zazwyczaj boleśnie z tęsknoty, by kochać. Może i doświadczamy tej bardzo specjalnej samotności, którą daje pustka w sercu, ale kto wie jak to jest, to wie też, że z tym da się żyć, chociaż jest ciężko. Dopiero jak dopadnie nas miłość pytamy siebie jak w ogóle było to możliwe, bo z kochaniem w sobie nareszcie jest inaczej. Jakby oczy wreszcie się otworzyły. Cud przemiany - było tak, jest tak. Jak po gruntownym remoncie. Przebudowany człowiek. Ten sam a inny. Nie każdemu to dane a jeśli dane to nie bez powodu. Chyba o tę przemianę chodzi. A miłość jest jedyną siłą, która może w nas tego dokonać. No, chyba że się zaprzemy z całej siły i będziemy walczyć do upadłego o siebie "sprzed". Jeśli nie, to rodzi się pragnienie, by wszystko to trwało i trwało. Dlatego to wołanie z usłyszanej piosenki nie jest bez sensu, bo przecież nie wiemy dziś czy jutro dla nas wstanie a my dla niego, więc ile tego konkretnego dnia zrobimy dla siebie, dla drugiego, dla miłości, tyle będzie zrobione. Może już na zawsze tylko tyle...
"Na końcu dnia
twoje serce wsłuchane w moje.
Na końcu dnia
twoje dłonie stęsknione.
Na końcu dnia
szepczesz moje imię.
Na końcu dnia
nie zapomnij... kochać..."
Basia